|
|
Po ciemnej stronie Gort
12. Wrzesień 2009
Progres osiągnięty tego lata przez zespół Jim Warny - Artur Kozłowski w jaskini Poulnacapple w Kiltartan, hrabstwo Galway, jest z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń w irlandzkim nurkowaniu jaskiniowym w 2009 r. Ponad 1.5-kilometrowa penetracja i głębokość -71m osiągnięta na końcu poręczówki czyni Poulnacapple najdłuższą podwodną jaskinią Irlandii i drugą z kolei pod względem głębokości (tuż za Pollatoomary w hrabstwie Mayo, która na -103m jest również najgłębszym syfonem Wysp Brytyjskich). Przeprowadzone z użyciem chemicznych barwników badania wody potwierdziły, że Poulnacapple jest wywierzyskiem rzeki Ballylee, która znika pod powierzchnią ziemi 2.5km na północny-wschód od Kiltartan. Początki eksploracji źródła sięgają początku lat 90-tych i corocznych wypraw do Irlandii organizowanych przez Martyna Farra, legendę brytyjskiego nurkowania jaskiniowego. Wyprawy te przeszły do historii pod nazwą Dark Shamrock Expeditions i zaowocowały odkryciem ponad 2km podwodych korytarzy ukrytych pod powierzchnią Niziny Gort i będących częścią rozległego systemu odwadniającego góry Aughty Slieve do Zatoki Galway. W Poulnacapple, posuwając się w górę podziemne rzeki, członkowie Dark Shamrock odkryli niewielki korytarz na głębokości kilkunastu metrów. W odległości 80m od wejścia zostali zatrzymani przez rumowisko głazów, które następnie zostały częściowo usunięte umożliwiając ciasne przejście do dalszych partii jaskini. Eksploracja zakończyła się w otwartym korytarzu, 365m od wejścia na głębokości -29m.
Skuszony stosunkowo niewielką głębokością i potencjałem na najdłuższą podwodną jaskinie Wysp Brytyjskich, skontaktowałem się z Patem Croninem, jednym z członków Dark Shamrock Team mieszkającym w Irlandii i bez problemów otrzymałem wykonane podczas poprzednich wypraw plany wraz z ‘błogosławieństwem’ na dalszą eksplorację.
Pierwsze próby
Niewielki lej, na dnie którego znajdowało sie wejście do jaskini był zabezpieczony podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego i już samo przedostanie się na drugą stronę, tak by jednocześnie nie naruszyć istniejącego zabezpieczenia, przysparzało niemało trudności. Okoliczni farmerzy stracili wiele zwierząt hodowlanych w podobnych lejach krasowych i brak poszanowania dla istniejacych środków zapobiegawczych mógłby negatywnie odbić się naszych dobrych jak dotychczas stosunkach. Przetransportowanie sprzętu do lustra wody, która wskutek dużej ilości rozpuszczonych tanin kolorem przypominała mocną herbatę, wymagało zainstalowania specjalnego systemu lin. Poszarpane końce pozrywanych i „wyrzuconych” z wywierzyska poręczówek wiszące na otaczających lej drzewach dawały nieco do myślenia.
|
|
|
Jim na dnie Poulnacapple przygotowuje się do nurkowania
|
Pod powierzchnią wody pionowa studnia opadała do -6m. Stamtąd niewielki korytarz obniżał sie stopniowo do -14m. Po kilkudziesięciu metrach wpiąłem się w starą 6 mm polypropylenową poręczówkę. Korytarz ponownie zaczął się wypłycać. Musiałem się właśnie zbliżać do miejsca gdzie Dark Shamrock przekopali się przez rumowisko gdyż zacząłem odczywać silny prąd. Nagle poręczówka zniknęła pod stosem głazów. Zatrzymałem się przerażony. Widoczność była zbyt niska bym mógł dojrzeć sufit, nie chciałem też ryzykować żadnych manewrów z pływalnością gdyż nagle straciłem całkowite zaufanie co do stabilności całej jaskini. Wycofałem się ostrożnie do wyjścia.
Rozmowa z Patem na drugi dzień nieco mnie uspokoiła. Zapewnił mnie, że sufit podczas przekopywania się przez rumowisko był litą skałą, a głazy które widziałem musiały pochodzić z dalszych partii jaskini, przetransportowane przez zimowe powodzie. Niemniej postanowiłem być ostrożny. Gdy wróciłem do Poulnacapple po miesięcznej przerwie spowodowanej ulewnymi deszczami moja 4mm poręczówka była zerwana w kilku miejscach, z czego około 20m wisiało na pobliskim drzewie. Hmm...
Pierwsza próba przedostania się przez zacisk nie powiodła się, prąd wody wypływającej z jaskini był zbyt silny. Po kilku dniach bez opadów spróbowałem ponownie, i tym razem, czepiając się i podciągając na porozrzucanych na dnie głazach, przedostałem się na drugą stronę przeszkody, która okazała się dość obszernym 70cmx70cm nieregularnym otworem. W każdym razie pokonanie go w konfiguracji bocznej, pomijając silny opór wody, nie stanowiło żadnego problemu. Za zaciskiem prąd rzeki natychmiast osłabł, dalsza droga prowadziła przez stosunkowo przestronny tunel na -7m. Po około 100m dno jaskini zaczęło stopniowo opadać by wyrównać się na -28m.W międzyczasie ponownie wpiąłem się w starą poręczówkę, która w tej partii jaskini była w dobrym stanie. Gdy dotarłem dokońca liny, ok. 360m od wejścia, czułem się już bardzo daleko ‘od domu’. Wyjątkowo mocne zabarwienie wody taniną sprawiało, że jaskinia miała mroczną, nieprzyjazną atmosferę. Dalsza droga naprzód stała otworem i biegła szerokim na co najmniej 4 i wysokim na 2m korytarzem, zostały mi już jednak tylko dwie trzecie gazów, kilka metrów liny na kołowrotku i jeszcze mniej odwagi w sercu. Zawróciłem do wyjścia. Wkrótce miało się okazać, że było to moje ostatnie nurkowanie w Poulnacapple w 2008 roku - wysokie opady deszczu przez pozostałe miesiące i związane z tym silne prądy całkowicie uniemożliwiły dalszą eksplorację.
Po Ciemnej Stronie
Wraz z nadejściem 2009 postanowiłem definitywnie przejść na ciemną stronę i używać w jaskiniach wokół Gort wyłącznie rebreathera. Był początek czerwca i podczas gdy ja byłem w wciąż pochłonięty trawersem Riders on The Storm mój przyjaciel Jim Warny postnanowił zajrzeć do Poulnacapple. Tradycyjnie już zeszłoroczne poręczówki wisiały na pobliskich drzewach. W ciagu dwóch nurkowań Jim ponownie oporęczował pierwsze 100m jaskini wpinając się w nienaruszoną linę już poza zaciskiem. Następnie postanowił spróbować przedostać się przez zwężenie z Megalodonem na plecach, co ja osobiście uważałem za niewykonalne. Nastpnego dnia otrzymałem od niego telefon: przejście z Megiem było bezproblemowe, dwieście metrów poręczówki dodane, widoczność ponad dwa metry. Aż trudno było uwierzyć, że mówimy o tej samej jaskini...
Byłem krótko po moim ostatnim, ponad pięciogodzinnym nurkowaniu w Polltoophill i czułem, że potrzebuję się odstresować przy jakimś mniej wymagającym projekcie. Powrót do Poulnacapple wydawała się być idealną opcją: doskonała 2-3m widoczność, głębokość nie przekraczająca -40m, koniec liny na 550m ... wybierałem się do Gort jak na dawno zasłużone wakacje.
|
|
|
Kiltartan-Castletown-Ballylee
|
Gdy w sobotę po południu dotarłem z całym sprzętem do Kiltartan sprawy wyglądały już nieco inaczej. Nieprzekonany co do mojego ni stąd ni z owąd rekreacyjnego nastroju i przewidując, zresztą całkiem słusznie, że będę próbował znacząco „popchnąć” jaskinie, Jim wykonał dwa dodatkowe nurkowania, w piątek po południu i w sobotę rano, przesuwając limit eksploracji do 1km od wejścia. Jakby tego było mało, podczas ostatnich stu metrów dno jaskini zaczęło stopniowo opadać głębiej. Na pierwszym kilometrze głębokość wynosiła już -48m, ale jak mi oznajmił z uśmiechem Jim, zanosiło się na więcej. Gwoździem do trumny był fakt, że padający od soboty wieczór deszcz zredukowal widoczność do 0.5m. I tyle pozostało z obietnicy łatwej eksploracji...
Więcej niespodzianek czekało na mnie już w samej jaskini. Według Jima pokonanie zwężenia z Megalodonem na plecach nie powodowało żadnych trudności. Kompletnie zaklinowany pośrodku przecisku obmyślałem plan zemsty. Musiałem najpierw zdjąć wszystkie butle awaryjne i popychając je przed sobą przeciskać się krok po kroku, obdrapując przy tym moją Meggie niemiłosiernie. Dopiero po 1h20min dotarłem do końca liny. Od jakiegoś czasu czułem, że mam przemoknięte lewe przedramię – najwidoczniej musiałem uszkodzi manszetę podczas forsowania zacisku. Uparcie postanowiłem jednak kontynuować. Po dodaniu 200m poręczówki osiągnąłem głębokość -62m - to co miało być niemal rekreacyjną wycieczką nagle przemieniło się w jedną z najpoważniejszych podwodnych eksploracji jaskiniowych na Wyspach Brytyjskich. A ja w samym środku tego z dziurawą manszetą i dwiema godzinami do wyjścia. Naprawdę nierozsądnie....Oczywiście podwiązałem kolejny kołowrotek i brnąłem dalej. Na całe szczęście po kolejnych kilkunastu metrach utknąłem w jakimś ślepym, zamulonym zaułku i postanowiłem wracać. Zdecydowanie najmądrzejsza decyzja tamtego dnia. O kartowaniu nie było już oczywiście mowy. Zredukowałem do minimum przystanki między piętnaście a dziewięć metrów, na sześciu używając zamiast rebreathera cały awaryjny tlen w butlach dla lepszej i szybszej dekompresji: woda miała wprawdzie 12-13 stopni, ale mój ocieplacz był już od jakiegoś czasu całkowicie przemoknięty i musiałem możliwie jak najszybciej wydostać się na powierzchnię. Brendan O’Brian, który pomagał mi przy nurkowaniu schodził do mnie kilkakrotnie by upewnić się, że wszystko w porządku. Zrobiłem jeszcze wolne, pięciominutowe wynurzanie z sześciu metrów i po 3h50min byłem z powrotem na powierzchni. Nurkowanie na drugi dzień nie wchodziło w rachubę, zużyłem cały awaryjny tlen, a mój skafander wymagał naprawy.
Kolejny atak zaplanowaliśmy z Jimem na pierwszą niedzielę lipca. Ja miałem nurkować pierwszy, Jim zaś następnego dnia. W niedzielę od rana padał niezapowiedziany deszcz i jakoś nie mogłem się zebrać żeby wyjść z namiotu licząc na poprawę aury. Nie przestawało jednak padać i koło szóstej wieczorem, w strugach deszczu, zacząłem przygotowania. Gdy wszedłem do wody około dziewiątej przeżyłem szok – spodziewałem się standardowej półmetrowej widoczności ta tymczasem grubo przekraczała dwa metry! Po raz pierwszy tak naprawdę miałem okazję zobaczyć jak wygląda Poulnacapple „od środka”. Nieco ponad godzinna podróż do końca liny była prawdziwą przyjemnością. Bez problemu odnalazłem zagubioną dwa tygodnie temu drogę i kontynuowałem w przyjemnym niewielkim korytarzu, na średniej głębokości -66m. Zatrzymałem się dopiero po eksploracji 300m gdy głębokość osiągnęła -71m. Miałem jeszcze nieco liny na kołowrotku, ale dotarłem już do limitów MOD i END trymiksu używanego jako diluent. Po raz kolejny zarzuciłem kartowanie korytarza w drodze powrotnej – czekała mnie długa dekompresja i wolałem to odłożyć do jakiegoś ‘nieeksploracyjnego’ nurkowania.
|
|
|
W dół rzeki Poulnacapple łączy się z Polldeelin po 80m
|
Będąc jakieś dwieście metrów przed zaciskiem zauważyłem niepokojące objawy w zmianie przejrzystości wody i wzrastający prąd. Zrozumiałem, że zbyt długo zwlekałem z rozpoczęciem nurkowania i najprawdopodobniej dopiero teraz zaczynała docierać do wyjścia woda po całym dniu opadów w górach Aughty Slieve. Miałem kłopoty. Nie wiedziałem tylko jeszcze jak duże.
W miarę zbliżania się do zwężenia jaskini prąd wody nasilał się i gdy podpłynąłem na odległość pięciu metrów omal nie zostałem zassany w stronę wyjścia. Czepiając się skał wycofałem się na bezpieczną odległość. Nie mogłem w takiej konfiguracji forsowac zacisku, miałem na sobie za dużo sprzętu i prąd wody zaklinowałby mnie tam na dobre. Pozbyłem się pustych kołowrotków i jednej z awaryjnych butli, drugą zaś odczepiłem z zamiarem przetransportowania przed sobą. Byłem jakieś 90m od awaryjnych butli z tlenem oraz po wszystkich przystankach dekompresyjnych z wyjątkiem ostatniego na -6m, więc w razie uszkodzenia rebreathera podczas pokonywania zacisku nie powinienem mieć problemu z dokończeniem nurkowania na otwartym obiegu. Gdy ruszyłem w stronę zwężenia wiedziałem, że potrzebuję jednego – szczęścia. Porwany przez prąd wody, całkowicie bez kontroli, utknąłem na chwilę pomiędzy skałami, jednak po kilku desperackich ruchach ciała udało mi się uwolnić. Prąd porwał mnie dalej i zatrzymałem się dopiero przy butlach z tlenem na -6m. Nie wiedząc czego się spodziewać po nurcie w przeciągu najbliższych dziewięćdziesięciu minut, które musiałem tam spędzić, naprędce skonstruowałem z liny kołowrotka ratunkowego system zabezpieczeń bym mógł utrzymać się na przystanku bez względu na to jak bardzo pogorszą się warunki. Resztę dekompresji dokończyłem na rebreatherze, który poza kilkoma dodatkowymi zadrapaniami nie doznał żadnych uszkodzeń. Po raz kolejny dała o sobie znać wysoka jakość wykonania i „kuloodporność” Megalodona.
Ta część jaskini wydawała się z łatwością radzić ze zwiększonym przepływem wody i bez dalszych komplikacji wynurzyłem się na powierzchnie o drugiej w nocy, po 5h15min. W ciągu mojej nieobecności woda w wywierzysku podniosła się o ponad pół metra. Kolejne nurkowania zostały wstrzymane ze względu na trwające od tamtego czasu załamanie pogody.
Artur Kozłowski
Copyright © 2004 Grupa Nurków Jaskiniowych KTJ PZA, ver. 6.0
|
 |