Naprawdę głębokie nurkowanie
Jak zaopatrzyć w wodę fortecę znajdującą się na szczycie skalistej góry? Najlepiej wywiercić studnię - aby uniezależnić załogę od niepewnych deszczy. Jednak taka studnia powinna być naprawdę głęboka i obszerna, a w zasadzie powinno być ich kilka. Z tą właśnie myślą zbudowano twierdzę w Srebrnej Górze. Znaczna liczba studni stanowi interesujący obiekt dla penetracji dla płetwonurków. Ich średnica wynosi zwykle około trzech metrów. Dwie osoby mieszczą się swobodnie obok siebie. W niektórych z nich są nawet boczne korytarze. W jednej ze studni głębokość wody przekracza 60 m. O ile mi wiadomo jest to najgłębszy akwen zdatny do nurkowania w okolicy Wrocławia. Jednak lustro wody zaczyna się dopiero kilka metrów poniżej krawędzi. Stąd też dotarcie tam, a zwłaszcza powrót sprawiają pewien kłopot.
Znudzeni kolejnymi nurkowaniami w znanych kamieniołomach, ja i Michał Stajszczyk, postanowiliśmy wykonać głębsze zanurzenie. Do pomocy przy wyciąganiu sprzętu i asekuracji namówiliśmy jeszcze Michał Dobrowolskiego (wszyscy z Klubu "Kaszalot"). Przeprowadzenie akcji w tak małym zespole było możliwe dzięki zastosowaniu technik taternictwa jaskiniowego. Do wody zjeżdżaliśmy po linie statycznej f10 mm korzystając z przyrządu o nazwie rolka Petzla. Energia osuwającego się ciężaru jest tu rozpraszana poprzez tarcie liny o dwa nieruchome krążki. Tę technikę znamy doskonale dzięki wieloletniej działalności w pionowych jaskiniach. Zjeżdżanie z ważącym 40 kg sprzętem nurkowym utrudniało utrzymywanie równowagi. W wodzie wszystko już było dobrze. Widoczność wynosiła 3-4 m. Kilkudziesięciowatowe żarówki oświetlały podwodną otchłań. Dodatkowego stresu dostarczał fakt, że nie można było się stąd w prosty sposób wydostać.
Rozpoczęliśmy zanurzenie. Początkowo schodziliśmy wzdłuż liny zjazdowej. Według moich obliczeń była zbyt krótka aby sięgnąć do dna. Na tę okoliczność wziąłem mały kołowrotek z kilkunastoma metrami poręczówki. I rzeczywiście na -48 skończyła się główna lina. Po omacku odpiąłem kołowrotek od pasa. W takich momentach maska nieznośnie ogranicza widoczność. Kilkoma nerwowymi ruchami przypiąłem za pomocą karabinka poręczowkę do liny głównej. Schodziliśmy dalej. Ze zdumieniem zobaczyłem jak odwinął się marker oznaczający 10m. Dna jeszcze nie było widać. Przekroczyliśmy 60m. 15 metrów poręczówki. Dna nadal nie ma! Czy koniec poręczówki jest dobrze przymocowany do kołowrotka?! Nagle zatrzymałem się. Linka odwinęła się do końca. Była przywiązana. Głębokość : -64.8m. Dna nie ma. Ale widać już jeden z kijów stojących na dnie. Dno powinno być 2-3 metry niżej. Pomyślałem, czy nie puścić kołowrotka i zejść do samego końca. Przestraszyłem się jednak, że głębiej dostane narkozy azotowej i nie odnajdę później poręczówki. Póki co kontrolowałem narkozę. Czułem lekkie oszołomienie, ale pewnie odczytywałem wskazania wszystkich przyrządów i rozumiałem ich znaczenie. Zapisałem na tabliczce co istotniejsze parametry aby sprawdzić swoje możliwości manualne na tej głębokości.
Przed maską mignęły mi czerwone płetwy Michała. Widać nie zszedł tak głęboko jak ja i rozpoczął wynurzenie. Nie było sensu przedłużać pobytu na tej głębokości i zacząłem nawijać poręczówkę na kołowrotek. Doszedłem do głównej liny. Wynurzałem się zgodnie ze wskazaniami komputera 10m na minutę. Na 3m odbyłem czterominutową dekompresję. Tym razem, ze względu na profil nurkowania, wskazania komputera pokrywały się dokładnie z tabelami. Na powierzchni pojawiłem się po 21' zanurzenia.
Pozostał jeszcze problem wydostania się ze studni. Pomogliśmy sobie nawzajem przy zdejmowaniu butli i pasów balastowych. Wyplątanie się samemu z tych wszystkich pasków i klamerek byłoby po prostu niewykonalne! Te wszystkie ciężary wyciągał na górę drugi z Michałów. Pozostało jeszcze pokonanie kilkumetrowego pionowego odcinka po linie. Używamy do tego przyrządów zaciskowych o nazwie poignee i croll. Poignee trzymamy w ręce, a croll jest przypięty do uprzęży na wysokości klatki piersiowej. Technika poruszanie się polega na blokowaniu jednego z tych przyrządów i przesuwaniu do góry drugiego. Przy odpowiedniej koordynacji ruchów wychodzenie nie nastręcza większych trudności.
Całą skomplikowaną akcję przeprowadziliśmy w ciągu trzech godzin w niewielkim trzyosobowym zespole. Zapiski poczynione na -65m były czytelne. Dzięki temu poczułem się przygotowany do głębokich zanurzeń w dziewiczych jaskiniach.
Gdy pakowaliśmy już sprzęt, naszli nas wszędobylscy poszukiwacze skarbów. Niezmiernie ich intrygowało, czego poszukujemy w tych studniach? Na odchodnym powiedzieliśmy im, że znaleźliśmy dwie sztabki złota i teraz nie wiemy jak je podzielić na trzech!
Wiktor Bolek
Copyright © 2004 Grupa Nurków Jaskiniowych KTJ PZA, ver. 6.0
|