|
|
Podwodne jaskinie Cassis (2)
Port Miou
Już na samym początku stanęliśmy przed problemem zorganizowania najprostszego nawet nurkowania. Bus, którym przyjechaliśmy, musiał wrócić do kraju na kilka dni. Ponieważ nasz kemping znajdował się w górnej części Cassis, musielibyśmy wykonywać ciężkie transporty całego sprzętu na plażę - w dół i w górę. Okazało się jednak, że na kempingu przebywało sporo Polaków. Udało się nam ostatecznie przekonać jednego z nich, aby odpłatnie przewoził sprzęt.
Na początek ruszyliśmy na rekonesans do Port Miou. To podmorskie wywierzysko jest jednym prostym korytarzem o średnicy przeciętnie kilkunastu metrów, który wchodzi pod powierzchnię lądu na odległość 2500 metrów. W odległości ok. 500m od otworu dochodzi do niego z powierzchni studnia. W tym miejscu Towarzystwo Wodne z Marsylii zbudowało tamę, która miała zapobiegać dostawaniu się słonej wody w głąb jaskini. Z tego dodatkowego wejścia korzystał Marc Douchet podczas akcji do końca jaskini. O ile początkowo korytarz jest średnio na głębokości 20m, to na samym końcu przechodzi w studnię schodzącą na - 145m. Zaoszczędzenie 500m płynięcia było znacznym ułatwieniem. My jednak nie uzyskaliśmy pozwolenia na korzystanie z tej studni i musieliśmy wpływać przez otwór z morza.
Na rekonesans wyruszyliśmy z małymi zestawami 2 x 8l lub 2 x 10l. Podpływając do otworu od strony morza można by odnieść wrażenie, że jest on ogromny. Jednak pionowa ściana klifu szybko schodzi w dół zostawiając niewielki ok. 2 metrowy prześwit. Początek jaskini nie był zaporęczowany. Drogę wskazywały rury, odprowadzające nieczystości w głąb morza. Po 40 metrach dopływało się do podstawy komina wychodzącego na powierzchnię. Tutaj zaczynała się pomarańczowa poręczówka. Włączywszy wszystkie światła ruszyliśmy w głąb. Momentami widoczność była bardzo słaba - bynajmniej nie ze względu na zmącenie. Mieszały się tutaj : słona woda morska i słodka, płynąca jaskinią. W niektórych miejscach były widoczne wyraźne granice pomiędzy ośrodkami o różnej gęstości. Po kilkunastu metrach wszystko wróciło do normy. Widoczność była oszałamiająca - ponad 10m. Pomimo wykorzystania całej mocy oświetleniowej nie byliśmy w stanie dostrzec przeciwległej ściany. Korytarz mógł mieć rzeczywiście w przekroju 20 x 20 m. Poręczówka była poprowadzona przy jednej ścianie w połowie jej wysokości, aby zminimalizować ekspozycję na dekompresję. Odległości były pooznaczane sporadycznie, tak że nie mogliśmy precyzyjnie określić dystansu od otworu. Po ok. 150 metrach zużyliśmy 1/3 powietrza i zawróciliśmy.
Podczas kolejnego nurkowania postanowiliśmy dotrzeć do tamy i ocenić trudności przy jej pokonywaniu. Z relacji Marca wynikało, że po przepłynięciu 500m trzeba będzie zdjąć ze sprzęt i wspiąć się kilkumetrowym prożkiem. Do realizacji tego celu wzięliśmy największe butle 2 x 15l. Tym razem płynąłem dość szybko i już na początku zostawiłem kolegów. Mając odpowiednie zabezpieczenia, każdy z nas płynął własnym tempem i sam określał moment zawrócenia. Przepłynięcie znanego już odcinka odbyło się bez żadnych problemów. Dalej zaczęły pojawiać się pierwsze niepokojące sygnały. Równolegle do poręczówki, wzdłuż której płynąłem, pokazywały się częściowo zagrzebane w mule inne linki. Na szczęście póki co nigdzie się nie krzyżowały, więc nie było możliwości pomylenia drogi. Po pewnym czasie moja poręczówka przeszła na przeciwległą ścianę, pod strop. Kilkanaście metrów dalej przeżyłem szok. Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Wszystkie linki zbiegały się do jednego koszmarnego węzła. Wiele z nich było zupełnie luźnych, co groziło potencjalnym zaplątaniem. Ten koszmar miał miejsce ok. 300m od otworu. Z największą uwagą zaznaczyłem poręczówkę od strony powrotu. Następnie wybrałem linkę, która wyglądała na najlepiej zastabilizowaną. Popłynąłem dalej. Poręczówki krzyżowały się wielokrotnie. Jednak ta, którą wybrałem na początku, była najlepsza. W przypadku wątpliwych skrzyżowań zostawiałem markery. W pewnym momencie zauważyłem, że poręczówka jest zastabilizowana w niespotykany sposób. Z jednego punktu odchodziło kilka odciągów do ścian, stropu i spągu. Co prawda pozwalało to na utrzymywanie poręczówki w środku korytarza, jednak należało ostrożnie przepływać między odciągami. Takie punkty były oznaczane dużymi literami. Przy kolejnych punktach litery malały. Musiano je rozmieszczać od strony tamy. Przy literze B było zwężenie korytarza. Poczułem, że mam trudności z dalszym płynięciem. Czyżby prąd zwiększył się tutaj aż tak bardzo? Zwiększyłem pracę nóg - i nic. Odepchnąłem się od ściany, a nawet podciągnąłem się na poręczówce - i dalej nic. Postanowiłem nieco się cofnąć. W tym momencie poczułem, że jeden z odciągów odczepia się od zaworu butli. Znów byłem wolny. To jednak nie silny prąd trzymał mnie w tym miejscu. Na szczęście odciągi były zrobione na sztywno i nie doszło do groźniejszego zaplątania. Wizja konieczności wycinania się z tych wszystkich odciągów i zniszczenia ciężkiej pracy Francuzów była koszmarna. Po kolejnych kilkunastu metrach spojrzałem na manometry. Wykorzystałem już 1/3 powietrza. Miałem już zawrócić, gdy zauważyłem, że jedna ze ścian przede mną jest jakaś sztuczna. To był beton. Popatrzyłem do góry. Nade mną było lustro powietrza. A jednak dopłynąłem do tamy bez użycia depozytów. W tym miejscu część poręczówek wychodziła na powierzchnię, a część dowiązano do tamy pod wodą. Było ich pięć czy sześć. Aby trafić z powrotem do tej właściwej, dowiązałem linkę z kołowrotka i wynurzyłem się. Na powierzchni była spora sala o średnicy kilku metrów. Ustawiono tu stalowy mostek i barierki, które wniesiono przez studnię z powierzchni lądu. Ściany komory były strome. W jednym miejscu dostrzegłem możliwość wywspinania się. Trudności oceniłem na IV (trudno). Aby wejść na tamę, konieczna była druga osoba, która pomogłaby przy zdejmowania sprzętu. Po tym stwierdzeniu ruszyłem w drogę powrotną. Przez cały czas płynąłem wzdłuż najgrubszej poręczówki, którą wybrałem jeszcze przy Koszmarnym Węźle. Czujnie omijałem wszystkie odciągi i równoległe linki. Do Koszmarnego Węzła dopłynąłem bez większych stresów. Moja poręczówka szła dalej elegancko w kierunku wyjścia i bynajmniej nie była to ta, którą wcześniej zaznaczyłem. Pomyślałem jednak, że skoro szło tak dobrze, to dalej popłynę wzdłuż grubej poręczówki. Może droga będzie w ten sposób prostsza. Minąłem Koszmarny Węzeł. Gruba poręczówka szła przy jednej ze ścian, blisko dna. W pewnym momencie weszła w muł. W zasięgu światła nie było widać, żeby z niego wychodziła. Nie chciałem jej wyciągać, bo spowodowałoby to zmącenie wody. Nie miałem przy tym pewności, że ta linka jest ciągła. Przy zmąconej wodzie i urwanej poręczówce byłbym ugotowany. Postanowiłem wrócić do Koszmarnego Węzła. Tym razem wybrałem wcześniej zaznaczoną poręczówkę, która biegła pod stropem. Dopłynąłem do miejsca, gdzie została zastabilizowana do pipanta wystającego ze stropu. I tutaj przeżyłem olbrzymi szok. Dalej linka była URWANA !!! Spanikowałem. Czy możliwe, aby urwała się po moim przepłynięciu? Czy wybrałem złą poręczówkę, a może zaznaczyłem niewłaściwą? Stwierdziłem, że nie ma sensu wracać do Koszmarnego Węzła i sprawdzać kolejne możliwości. Trzeba się ratować! Powietrza było coraz mniej. Ze strachu nie popatrzyłem nawet na manometry. Określiłem kierunek do wyjścia. Musiałem w tym momencie całkowicie zaufać kompasowi. Do ostatniego zastabilizowanego punktu dowiązałem linkę z mojego kołowrotka i postanowiłem szukać innych poręczówek w świetle korytarza. Zacząłem zataczać podręcznikowe stożki po ścianach, stropie i spągu. Korytarz nie był jednak regularny. W stropie i ścianach były olbrzymie, kilkumetrowe wnęki. Na szczęście nie było żadnych bocznych, ślepych korytarzy. Wykonywanie takiego manewru w polskich jaskiniach wydaje się czymś abstrakcyjnym, natomiast tutaj było jedynym sposobem na uratowanie życia. Opłynąłem cały obwód. Nie znalazłem właściwej poręczówki. Tylko w jednym miejscu przy dnie szły obok siebie, częściowo zagrzebane w mule trzy może cztery linki. Postanowiłem nie wracać w kierunku wierzchołka stożka. Gdyby poręczówka była rzeczywiście zerwana, to ten manewr i tak nie miałby sensu. Popłynąłem wzdłuż częściowo niewidocznych linek. W sytuacji, gdyby całkowicie zniknęły postanowiłem kierować się azymutem. Płynąłem. Poręczówki oderwały się od dna i biegły wzdłuż ściany. Od pewnego momentu zacząłem rozpoznawać początkowy fragment jaskini. Po chwili dostrzegłem rury, później światło dnia. Na zewnątrz wypłynąłem miękki jak gąbka. Zobaczyłem kolorową roślinność i stada rybek uganiających się między podwodnymi skałami. Koledzy czekali po drugiej stronie zatoki. Płynąłem powoli przy dnie obserwując uwijające się podwodne życie. Trafienie we właściwe miejsce po drugiej stronie zatoki było po prostu czymś banalnym.
Nurkowanie w tych warunkach za tamę wymagałoby włożenia znacznego wysiłku w naprawę oporęczowania w okolicach Koszmarnego Węzła. Za pokonywanie tamy można by się brać, gdybyśmy mieli zapewniony bezstresowy powrót. Jak oceniliśmy Koszmarny Węzeł znajduje się w połowie drogi między otworem a tamą. Jest zatem najtrudniej dostępnym miejscem na tym odcinku i nic dziwnego, że oporęczowanie jest tu w najgorszym stanie. Na szczęście koledzy nie dopłynęli do tego miejsca i wrócili bez problemów.
Aby nieco odreagować stres, postanowiliśmy następne nurkowanie zorganizować w le Bestouan.
Wiktor Bolek
Copyright © 2004 Grupa Nurków Jaskiniowych KTJ PZA, ver. 6.0
|
 |