Subskrybuje zawartość


Nasze zdjęcia!


Nurkowanie we Vrulji

Na majowe nurkowania w chorwackich jaskiniach zostałem zaproszony przez znanego "jaskiniowca" Wiktora Bolka, który w rozmowie telefonicznej powiedział mi, że jego znajomi Mirek Jarek oraz Michał Stajszczyk nurkowali w wywierzysku Vrulja w ubiegłym roku na głębokość 100m i widzieli jaskinie, a w niej biegnący w głąb korytarz, ale nie mogli popłynąć dalej z powodu braku gazów. Jaskinia ta znajduje się w miejscowości Brela 50km za Splitem w kierunku Dubrownika.

Termin wyprawy uzgodniliśmy na majowy tzw. "długi weekend". Pod koniec rozmowy obaj doszliśmy do wniosku, że przydałoby się to sprawdzić. Jednocześnie podjęliśmy decyzje o kontynuacji rozpoczętego w ubiegłym roku programu dostosowania rebreathera o obiegu zamkniętym do warunków jaskiniowych. Ponieważ w planie były głębokości poniżej 100m. zabrałem się do rozbudowy swojego rebreathera, w których realizacji pomógł mi Daniel Piórewicz. Przeróbki polegały na dostosowaniu urządzenia do dużych głębokości poprzez zwiększenie pojemności jacketu oraz zwiększeniu pojemności całego układu z możliwością przełączenia się na obieg otwarty w przypadku awarii. Owe przeróbki zdążyłem przetestować podczas trimixowych nurkowań z Czechami pod koniec kwietnia z łajby Jurka Lissowskiego.

Przeróbki Buddy Inspiration
Przeróbki Buddy Inspiration

Na miejscu w Chorwacji zostałem bardzo miło przyjęty przez organizatorów całego przedsięwzięcia wspomnianych nurków Mirka i Michała. Na pierwsze nurkowanie, czyli " rekonesans" ruszyłem następnego dnia. Z relacji Mirka i Michała wynikało, że w odległości ok. 25m od jak wiadomo skalistego i wysokiego chorwackiego brzegu, na głębokości ok. 50m zaczyna się wąwóz, który schodzi do głębokości 100m ku brzegowi. Wąwóz dochodzi na tej głębokości do pionowej ściany, w której znajduje się wejście do jaskini.

Postanowiłem zanurkować i zobaczyć początek wąwozu. Na miejscu zobaczyłem bulgoczącą gdzieniegdzie wodę, co świadczyło o wybijaniu podwodnych źródeł. Ze znalezieniem wąwozu nie miałem żadnych problemów, ponieważ chłopaki wcześniej postawili linę, opustową. Na 50m zobaczyłem w dnie szeroką na ok.10m rozpadlinę, biegnącą faktycznie w kierunku brzegu.

Następne nurkowanie postanowiłem wykonać do dna studni. Było to z mojej strony pierwsze przekroczenie głębokości 100m na urządzeniu o obiegu zamkniętym, co nie ukrywam dało mi dużo satysfakcji. Oczywiście do pokonania tej głębokości zastosowałem jako diluent trimix o składzie 10/60/30. Przy dnie studni zobaczyłem otwór w skale o wymiarach ok. 2.5mx2.5m i dalej ostro spadający w dół korytarz. Wtedy przeżyłem pierwszą awarię, na szczęście nie ze strony rebreathera, a układu oświetleniowego. W odstępie 20s zgasło mi główne oraz zapasowe światło. Uklęknąłem, aby uspokoić oddech i przyzwyczaić oczy do ciemności. Po chwili ujrzałem kontury skał. Jednocześnie poczułem prąd znoszący mnie w głąb jaskini, co mnie bardzo zaskoczyło. Podniosłem głowę i zobaczyłem podłużną błękitną kreskę nad sobą. Rozpocząłem wynurzanie.

Główny atak na jaskinie postanowiłem przeprowadzić po jednodniowej przerwie tj. 04 maja 2002r. w celu całkowitego wysycenia tkanek, którą jednocześnie przeznaczyłem na naprawę układu oświetleniowego, skonfigurowanie sprzętu oraz sporządzenie nowego planu nurkowania.

Ponieważ wejście do jaskini wydawało mi się dość szerokie postanowiliśmy przeprowadzić to nurkowanie wspólnie z Wiktorem. Od Gorana, właściciela bazy, dowiedzieliśmy się, że nikt wcześniej nie explorował tego korytarza. Jedynie jacyś miejscowi nurkowie tak jak nasi byli tam na 103m [początek korytarza] wycofując się bez podania przyczyny. Przypuszcza się, że korytarz spada do ok.150-160m. Zastanawiam się tylko, w jaki sposób dokonano pomiarów.

Niepokoił mnie tylko ten lekki prąd wciągający do wnętrza jaskini. Zwłaszcza, że chłopaki mówili, iż w ubiegłym roku nic takiego nie odczuli. Doszliśmy, więc do wniosku, że widocznie prąd wciąga dołem, a wypływa gdzieś górą. O słuszności tej tezy świadczy fakt wybijania źródeł przy powierzchni oraz napotkana później na dekompresji tzw. halo klina, czyli mieszanie się wody morskiej ze słodką. Pomyślałem sobie, że przecież po to tam idziemy żeby to sprawdzić.

Ze względu na skład gazów dennych trimix 10/60/30 ograniczyliśmy głębokość nurkowania do 125m. Praktycznie jedyną rzeczą, która nas odróżniała to to, że ja oddychałem w obiegu zamkniętym, a Wiktor otwartym. Ponieważ oddychanie podczas zanurzania gazem o takim składzie mogłoby spowodować hipoksję, jako gaz podróżny zastosowaliśmy powietrze. Butle awaryjne tzw. depozyty postanowiliśmy rozstawić podczas zanurzania, aby się nie obijały wewnątrz jaskini. Ustaliliśmy, że będę schodził pierwszy. Moim zadaniem było, zaporęczowanie drogi od liny opustowej do otworu. Był to dystans ok. 10m. Następnie Wiktor jako dużo bardziej doświadczony jaskiniowiec miał rozpocząć poręczowanie wewnątrz korytarza. Przed wejściem do jaskini na płaskim dnie ujrzałem sporych rozmiarów kamień, do którego postanowiłem przymocować poręczówkę. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, iż w pewnym momencie kamień zaczął po prostu odchodzić. Kamieniem tym okazał się być ogromny krab.

Kiedy wpływaliśmy do wnętrza jaskini rozpoczęło się dla nas piekło. Wspomniany wcześniej lekki wciągający prąd przerodził się zgodnie z prawem ciągłości strugi w prawdziwy kilkuwęzłowy żywioł. Prąd wody porwał mnie najpierw w poziomie, kilkakrotnie mną zakręciło i ładnych parę razy uderzyłem rebreatherem w wystające fragmenty skał. Prąd był tak silny, że dosłownie odrywało nas od kamieni, których próbowaliśmy się bezskutecznie złapać. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem, że Wiktor spada w dół. Zacząłem spadać za nim. Kiedy w końcu opadłem na jakiś wystający fragment skalny zobaczyłem, że Wiktora tam nie ma. Zrozumiałem wtedy, że straciliśmy kontakt ze sobą. Spojrzałem na komputer i zobaczyłem równiutkie 120m. Jednocześnie usłyszałem syczenie gdzieś za plecami, co świadczyło o tym, iż maszyna się rozszczelnia,widocznie w wyniku uderzenia o skalę. Ogarnęło mnie przerażenie i pomyślałem, że czas stąd spie...

Zacząłem się wyciągać na rękach po omszałych kamieniach modląc się w duchu, aby mi coś nie " padło". Kiedy wypływałem z jaskini z wysiłku zacząłem tracić przytomność. Po dopłynięciu do liny opustowej miałem wszystkiego dość i strasznie bolała mnie głowa. Spojrzałem na komputer, minęła 20min. nurkowania, a przede mną równe 2godz. dekompresji. Rozpocząłem wynurzanie. Podczas długiej i mozolnej dekompresji rozmyślałem, co by się stało gdyby coś.....?

Na jednym z tzw. "deep stopów" spotkaliśmy się z Wiktorem wymieniając informacje na tabliczkach. Później na powierzchni Wiktor powiedział mi, że myślał ze już po mnie. Na szczęście nie było to rozszczelnienie układu oddechowego, a zaczął " puszczać" jeden z przewodów średniego ciśnienia. Faktycznie w skutek kilkukrotnego uderzenia rebreatherem o skałę. Dekompresje przedłużyłem na wszelki wypadek o 10min., co wydłużyło całkowity czas nurkowania do 2 godz. 30 min. Ze wskazań komputera Wiktora wynikało, że zanurkował na bardzo dużą jak na te warunki głębokość 111m. w całkowitym czasie 2 godz.

Podsumowując było to najtrudniejsze i zarazem najniebezpieczniejsze nurkowanie, jakie kiedykolwiek wykonałem. Pomimo tego uważam, że było udane ze względu na osiągniętą głębokość w warunkach jaskiniowych przy oddychaniu w układzie zamkniętym. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, iż własnoręcznie przerobiona maszyna wytrzymała tortury, którym została poddana. Wnioski na przyszłość to dalsza rozbudowa, rebreathera oraz stopniowe zwiększanie głębokości. A może by tak Cis -LUNAR ?

Grzegorz "Banan" Dominik


 

Copyright © 2004 Grupa Nurków Jaskiniowych KTJ PZA, ver. 6.0
 
Początek strony